sobota, 10 grudnia 2016

Działania na wodach Afryki wschodniej we wrześniu 1914 r.



5 września na północ od wyspy Mahe (Seszele) zespół poszukujący niemieckich krążowników w składzie: polski krążownik pancerny Piast i brytyjski Pegasus dopadły niemiecki zaopatrzeniowiec Steinmetz. Po oddaniu strzałów ostrzegawczych niemiecka jednostka zastopowała, po czym została obsadzona załogą pryzową i odesłana na Madagaskar. Od dowódcy niemieckiej jednostki uzyskano informację, iż Furst Bismarck i Prinz Eugen skierowały się na północ. Postanowiono płynąc ich śladem, zwłaszcza, że Admiralicja zawiadamiała, iż drogą przez kanał suezki idzie na wody Tanganiki wsparcie w postaci pancernika Goliath i będzie możliwość podjęcia wraz z nim działań przeciwko niemieckiemu zespołowi. Istniała też szansa, że do zespołu dołączy też polski pancernik Zygmunt Stary, jak tylko upora się z awarią maszyn.
15 września, zanim doszło do spotkania z Goliathem, na wschód od Sokotry obydwa krążowniki natknęły się na zespół niemiecki, który dysponował przygniatającą przewagą siły ognia (8x240 przeciwko 2x254). Do spotkania doszło w nocy. Po rozpoznaniu przeciwnika okręty alianckie usiłowały uchylić się od starcia, ale udało się to tylko Pegasusowi, który dał nogę korzystając z przewagi prędkości. Natomiast polski krążownik miał pecha, bowiem już pierwsze strzały oddane z niewielkiego dystansu trafiły w maszynownię i ograniczyły jego prędkość, tak że nie miał nawet szansy skorzystać ze swojej mizernej, bo ok. 1,5-węzłowej przewagi w tym zakresie. Szybko też dało znać o sobie co najmniej dobre wyszkolenie marynarzy niemieckich do walki w nocy. Kilkanaście trafień obróciło w ciągu pół godziny Piasta w płonący wrak, który następnie przewrócił się na burtę i zatonął.  Po tym zwycięstwie obydwa niemieckie okręty odeszły na wschód i kontynuowały swoją korsarską działalność m.in. na wodach Indii Holenderskich, Australii i Morza Południowochińskiego.

20 komentarzy:

  1. Na początek powiem, że dobrze, iż - po dłuższej przerwie - doczekaliśmy się nowego postu z "głównego nurtu" bloga! :) A teraz ad rem. Zawiodły działania rozpoznawcze, a właściwie brak możliwości ich efektywnego przeprowadzenia. Szkoda, że w zespole alianckim zabrakło choćby dwóch niszczycieli, działających jako wysunięta szpica. A w krytycznej sytuacji mogły one dodatkowo zaryzykować przeprowadzenie ataku torpedowego na okręty niemieckie. Jakie charakterystyki ma zdobyty pryz? Czy istnieje możliwość przekształcenia go w krążownik pomocniczy, aby, choć w części, zrekompensować bolesną utratę "Piasta"? Swoją drogą bitwa wykazała wadliwą (choć typową dla epoki z przełomu XIX i XX wieku) koncepcję artylerii głównej polskiego okrętu, złożonej jedynie z dwóch ciężkich dział o mizernej szybkostrzelności. Znacznie lepsze byłoby uzbrojenie okrętu w cztery 8-calówki (pod względem ciężarów całkowicie ekwiwalentne).
    ŁK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam
      Ówczesne niszczyciele miały niewielki zasięg tak że trudno było je wykorzystać jako przednią szpicę na tak odległym i rozległym teatrze działań.
      Już lepiej by się tutaj sprawdził jakiś ,,scout,, który dzięki sporej przewadze prędkości nad potencjalnym przeciwnikiem jest mu w stanie uciec ,ma spory zasięg a w przypadku spotkania z lekkim krążownikiem Niemców jest w stanie podjąć pojedynek ze sporymi szansami na zwycięstwo....
      Pawel76

      Usuń
    2. O to chodzi?
      http://springsharp.blogspot.nl/2015/08/may-krazownik-lider-flotylli.html

      Usuń
    3. Jeżeli eskadrze towarzyszy okręt zaopatrzeniowy to nie powinno być większych problemów z zapewnieniem paliwa. Wiem, że nie mamy na tym akwenie dużych i nowoczesnych niszczycieli, ale Brytyjczycy nie powinni mieć takich problemów. Myślę, że jednostki o wyporności 900 - 1000 tn byłyby do tego odpowiednie. Oczywiście, krążownik-scout o prędkości co najmniej 27 węzłów byłby optymalnym rozwiązaniem. Mógłby to być przywołany powyżej "Centaur".
      ŁK

      Usuń
    4. Można powiedzieć, że w przypadku „Piasta” w 1914 szkoda ludzi, ale sam okręt nie był już szczególnie wartościowy — słaba artyleria główna no i co oczywiste wiek oraz wyeksploatowanie.

      Usuń
    5. Oczywiście, zgadzam się w zupełności. Ludzi szkoda, ale sam okręt był już po prostu przestarzały i gdyby nie wojna to pewnie i tak rychło byłby wycofany.

      Usuń
    6. A tak przy okazji: czy któraś z pionierskich jednostek MW KP podzielić szczęśliwy los „Warriora”, przechodząc oczywiście przez etapy pogardy i zapomnienia, ale trwając jako ogołocona, lecz jednak całość?

      Usuń
    7. Szanowni Koledzy! Zgoda, okręt był już dość stary (także moralnie), ale we flocie polskiej, dalekiej od super-mocarstwowości (takiej jak u JKS!), stanowił jednak istotny komponent. Równie wiekowe okręty (1894 r.) utrzymywały przecież w swych flotach znacznie większe potęgi militarne, zwłaszcza, że chodzi tu o działania na drugorzędnym teatrze wojny. Trochę szkoda, że okręt nie został jednak wcześniej zmodernizowany (wymiana artylerii głównej na 8" oraz nowe kotły)... No, ale biegu wypadków już nie odwrócimy! :)
      ŁK

      Usuń
  2. Niestety, ale Centaur jest na Bałtyku, gdzie zgodnie z przeznaczeniem przewodzi 1 flotylli niszczycieli. Oczywiście, w koloniach by się przydał, ale jednak dowództwo uznało Bałtyk za pierwszoplanowy teatr działań i tam skoncentrowało najwartościowsze siły. Niszczycieli nie użyto, dokładnie z powodów które opisał Paweł76. Jedyne posiadane tu jednostki tej klasy to niezbyt duże okręty o wyporności poniżej 700 ton. Co do Brytyjczyków, to i oni koncentrowali najwartościowsze okręty na wodach macierzystych, więc pod ręką mogło nie być żadnego nowoczesnego niszczyciela. Zgodnie z posiadanym przeze mnie spisem flot, we flocie wschodniej Brytyjczycy mieli jedynie 7 niszczycieli typu E i 1 typu D, a i to w zgrupowaniu dalekowschodnim (we wschodnioindyjskim - 0 niszczycieli). Typ E to były okręty poniżej 600 ton, uzbrojone w działa 3-calowe, więc jeszcze słabsze od naszych jednostek na Madagaskarze. Teoretycznie są jeszcze okręty z floty śródziemnomorskiej (16 jednostek typu G (897-987 ton), ale one, o ile w ogóle zostały by wysłane to eskortowały by Goliatha, więc na miejscu pojawią się dopiero za jakiś czas. A i to wątpliwe, bo Admiralicja brytyjska raczej nie uważała wówczas za stosowne używać niszczycieli do uganiania się za wrogimi eskadrami na pełnym oceanie (do ścigania eskadry von Spee nie wysłano żadnego niszczyciela).

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do zdobytego pryzu - pojawi się on niedługo na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc jest to jednostka wartościowa i jej losem nie musi być banalne wcielenie do polskiej floty handlowej. Szybkie okręty rozpoznawcze byłyby jednak wartościowym komponentem sił uczestniczących w operacjach oceanicznych przeciw wrogim rajderom tej klasy, co krążowniki niemieckie.
      ŁK

      Usuń
    2. No niestety, do szybkich to on nie należy, więc do tej roli niezbyt się nada. Ale też nie wyląduje we flocie handlowej, widzę bowiem dla niego pewne zastosowanie we flocie wojennej (co prawda pomocnicze, ale zawsze;))

      Usuń
    3. Zabrzmiało bardzo tajemniczo! :)
      ŁK

      Usuń
    4. Oj, teraz obawiam się żeby nie zawieść oczekiwań ;) Ale jeśli funkcja okaże się jednak prozaiczna, to może rysunek i sama jednostka się spodoba?

      Usuń
    5. Spokojnie, przynajmniej ja nie będę marudził! :)
      ŁK

      Usuń
  4. teraz zdradzę tylko, że jest on duży :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za powrót Autora! Bardzo ciekawy opis - troszeczkę zaczęło wyglądać jak Coronel….
    Samo starcie. Trafienie na siebie na wielkim oceanie dwóch zespołów okrętów w dzień nie było takie proste. W nocy i to tak, wprost, że jak wydaje się, okręty musiały się znaleźć w małej odległości od siebie, to już wybitnie wyjątkowo pech. Ale to też się zdarza…
    W sprawie niszczycieli, jako oceanicznych jednostek rozpoznawczych to problemem jest nie tylko zasięg, ale także sprawności działania na wzburzonym morzu. Gdzieś czytałem, że w Royal Navy uważano, że nawet krążowniki klasy D są za małe do działań oceanicznych. Być może to było powodem pośpiesznego budowania w latach 20-tych całej długiej serii krążowników typu county.
    I jeszcze jedno, w warunkach nocnych wysunięta szpica rozpoznawcza może być wręcz szkodliwa - powoduje, że na widok wyłaniających się z ciemności okrętów nie wiadomo czy to wróg, czy może zawracająca własna szpica. A wówczas opóźnienie i próba ustalenia, kto nadpływa jest śmiertelnie niebezpieczna.
    W nocy należy działać jedną zwartą grupą, czujnie obserwować i strzelać od razu i bez wahania.
    H_Babbock

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko cacy do momentu w którym w nocy jednostki się nie pogubią przez błąd ludzki.


      Co do bitwy, Brytyjczycy skorzystali z okazjii, Piast miał potężnego pecha, szkoda tylko że nie zdążył zadać jakiś znaczących uszkodzeń. Opuśćmy flagi i kapelusze z głów.
      [*]
      Kpt.G

      Usuń
    2. "Coś" zeżarło mój komentarz, więc napiszę go jeszcze raz. Ustalenie klarownego systemu sygnalizacji optycznej nie powinno nastręczyć trudności w identyfikacji "swój - obcy". Gdyby eskadra aliancka posiadała jednak w swym składzie szybkie okręty rozpoznawcze (z uzbrojeniem torpedowym), to byłaby szansa ocalenia naszego krążownika. W czasie DWS heroiczna szarża "Acasty" i "Ardenta" mogła przecież uratować "Gloriousa". W tym wypadku decydującą rolę odegrał, niestety, lucky hit „Scharnhorsta” z dystansu 24 km.
      ŁK

      Usuń
    3. Fakt, wydaje się, że powinno to (natrafienie na siebie) być ekstremalnie trudne na bezmiarach oceanu, ale jak pokazuje przebieg działań (choćby wspomniany Coronel), jednak się zdarzało, jeśli przynajmniej jedna strona dążyła do starcia. A ponadto, jak słusznie zauważyłeś, nie można wykluczyć przypadku, który często na wojnie rozdaje karty;) W naszym przypadku możemy zakładać, że polski dowódca, niczym Cradock, dążył do starcia nie chcąc być posądzanym o jego unikanie. Miał ponadto informacje od kapitana Steinmetza, więc wiedział z grubsza gdzie mogły popłynąć wrogie okręty i tam krążył, co w efekcie doprowadziło do starcia.

      Usuń