sobota, 1 lipca 2017

Bitwa koło Łeby



Na przełomie lutego i marca sytuacja Połągi była niewesoła. Twierdza była oblegana od południa i wschodu przez silne zgrupowanie wojsk niemieckich, utrzymując połączenie z resztą kraju jedynie przez wąski pas nadbrzeżny od strony północnej. Ta okoliczność została dostrzeżona przez wroga który postanowił wysadzić desant na północ od Połągi by domknąć pierścień okrążenia  i tym samym przyspieszyć upadek twierdzy. Flotyllę desantową (10 jednostek wiozących 8000 żołnierzy) miały osłaniać główne siły Hochseeflotte w postaci 3 i 6 eskadry (łącznie 14 drednotów, w tym Bayern, 5 typu Konig, 4 typu Kaiser i 4 typu Helgoland), w towarzystwie 2 i 7  grupy rozpoznawczej (2 krążowniki liniowe, 2 pancerne i 6 lekkich) oraz licznych sił lekkich.
Polskie dowództwo było ostrzeżone o szykowanej akcji niemieckiej, ale informacje wywiadu były nieprecyzyjne, wskutek czego spodziewano się raczej rajdu sił Hippera (które już wylizały rany po bitwie pod Dogger Bank), niż akcji głównych sił Hochseflotte. A mając w pamięci wyczyny niemieckich krążowników liniowych u brzegów W. Brytanii, postanowiono aktywnie im przeciwdziałać. Gdy tylko nadeszły informacje o rejsie floty niemieckiej, z Lipawy w morze wyszedł 1 dywizjon okrętów liniowych, 2 i 3 dywizjon krążowników w eskorcie 2 flotylli niszczycieli, biorąc kurs południowo-zachodni. Do zespołu dołączono też wyremontowany wielki krążownik Władysław Łokietek, dla którego była to pierwsza akcja bojowa po uszkodzeniach odniesionych w listopadzie 1914 r.
Spotkanie w flotą niemiecką nastąpiło mniej więcej na wysokości Łeby, przy czym niewiele brakowało a do starcia by nie doszło a floty z powodu kiepskiej pogody i ograniczonej widzialności rozminęły by się na kontrkursach o ledwie kilka mil morskich. Tak się jednak nie stało, bowiem nad ranem 6 marca polskie niszczyciele wypatrzyły majaczącą na południu sylwetkę niezidentyfikowanego okrętu. Pospieszyły więc sprawdzić cóż to za jednostka. Wkrótce nieznany okręt – był nim krążownik Strassburg z 7 grupy rozpoznawczej, otworzył ogień. To rozwiało wszelkie wątpliwości, a jednocześnie ściągnęło wrogie floty ku sobie. Polskie pancerniki idące dotąd na zachód, skręciły na kurs 210, niemieckie zaś na niemal dokładnie przeciwny i tylko kwestią czasu stało się, kiedy dojdzie do boju artyleryjskiego i to na naprawdę bliskich dystansach…
Niemiecki dowódca wykazał się w tym momencie sporą przebiegłością – wiedząc że z pewnością ma co najmniej 2-krotną przewagę liczebną nakazał niezależne działanie obydwu swoich eskadr liniowych. Idąca na czele 6 eskadra miała iść wprost na siły polskie, i podjąć z nimi bój w szyku liniowym, zaś idąca z tyłu 3 eskadra, korzystając z fatalnej pogody miała spróbować zajść przeciwnika od drugiej strony biorąc go w dwa ognie. 
W panującej szarówce niemieckie okręty pojawiały się na południu kolejno, więc polski admirał nie od razu zorientował się w ich liczbie, ani zamiarach wroga. Gdy warunki umożliwiły prowadzenie ognia polskie pancerniki wykręciły w lewo na kurs 90. Podobny kurs obrała niemiecka 6 eskadra. Tymczasem nie zauważona 3 eskadra parła nadal na północ, grożąc okrążeniem polskiego zespołu.
Na razie jednak rozgorzał bój między zespołem polskim a 6 eskadrą. Od początku okręty polskie strzelały bardzo dobrze, osiągając liczne trafienia, między innymi w Oldenburga który utracił 2 wieże, oraz Bayerna, który otrzymał trafienie pociskiem 320 mm w rejonie linii wodnej na dziobie, wskutek czego nabrał sporo wody i stracił na prędkości. Kilka trafień mieli tez Niemcy, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji.
Tymczasem idące początkowo przed szykiem pancerników polskie krążowniki z pewnym opóźnieniem powtórzyły manewr sił głównych (skręt na południe) przez co szczęśliwie dla siebie rozminęły się z niemiecką 3 eskadrą, i wyszły wprost na idące tyłem niemieckie transportowce. Oczywiście konwój od razu poszedł w rozsypkę, a polskim okrętom w krótkim czasie udało się zatopić 2 transportowce (5000 BRT i 3900 BRT) a 3 kolejne uszkodzić. Tym samym niebezpieczeństwo wrogiego desantu zostało zażegnane.
W boju sił głównych, po początkowych sukcesach, sytuacja zaczęła natomiast przybierać niekorzystny obrót dla strony polskiej, bowiem doszło w końcu do faktycznego okrążenia od północy przez siły niemieckiej 3 eskadry, a w dodatku wrogie krążowniki liniowe zaczęły wysuwać się do przodu, co mogło grozić skrajnie niebezpieczną sytuacją odcięcia naszych sił od własnych baz i okrążenia z trzech stron. Polski admirał podjął więc decyzję o zwiększeniu prędkości do maksymalnej i przerwania tym samym boju.
Aby ułatwić sobie oderwanie się od wroga, do akcji rzucono niszczyciele, które zaatakowały 3 eskadrę niemiecką. Nie udało się co prawda uzyskać trafień, ale wrogie drednoty zostały zmuszone do wykonania uniku, co skutecznie wyłączyło je z dalszej akcji przeciw polskim pancernikom. Ceną za to była niestety utrata niszczyciela Weles, który trafiony pociskiem 305 mm z drednota Grosser Kurfurst, utracił prędkość i został ostatecznie rozstrzelany przez artylerię średnią niemieckich okrętów.
Niestety, zanim się udało przerwać bój sił głównych, kilka poważnych trafień otrzymał przedostatni w szyku polskim drednot Kazimierz II Sprawiedliwy, w tym  w okolice linii wodnej i maszynowi. To spowodowało znaczny napływ wody do kadłuba i ograniczyło jego prędkość do 22 w. przez co zaczął zostawać w tyle.  Dodatkowo doszło do zaklinowania jednej z wież na śródokręciu.
Reszta zespołu rwała tymczasem do przodu z pełną mocą maszyn. Wkrótce kontakt bojowy z niemieckimi pancernikami został przerwany i tylko Von Der Tann i Waldersee dotrzymywały naszym jednostkom kroku. Szczęśliwie w pewnym momencie udało się rozbić pancerne stanowisko dowodzenia na tym pierwszym okręcie  co pozbawiło go całego dowództwa i wprowadziło spore zamieszanie w zespole niemieckim. Dodatkowo jednostki zbliżyły się do akwenu uważanego przez niemieckie dowództwo za zaminowany, a więc zbyt niebezpieczny dla operowania ciężkich okrętów. W tej sytuacji obydwa krążowniki zawróciły. Zdążyły jeszcze wymienić kilka salw z uchodzącym na wschód pechowym Kazimierzem II Sprawiedliwym, na którym w wyniku tego wyłączone zostały z akcji zostały kolejne 2 działa.  Niejako na odchodnym uszkodzony okręt został jeszcze zaatakowany przez towarzyszące niemieckim krążownikom liniowym niszczyciele, z których jednemu udało się ulokować dwie celne torpedy w jego prawą burtę.   
W niezbyt ciekawej sytuacji znalazły się natomiast polskie krążowniki, które między sobą a bazami miały niemal całą wrogą flotę, a dodatkowo zaczęły im się naprzykrzać niemieckie jednostki z 7 grupy rozpoznawczej. Kiedy jednak potężne 274 mm kuferki Łokietka zaczęły padać wokół flagowego Graudenza, niemieckie okręty wycofały się. Nie zmieniło to jednak faktu, ze trzeba było jakoś znaleźć wyjście z sytuacji. Polski dowódca nakazał skręcić na północ ku strefie gorszej pogody. Tam zespół skrył się w deszczowym szkwale a następnie przez wody terytorialne Szwecji, z dala od okrętów wroga zdołał powrócić do własnych baz.   
Ostatnim epizodem bitwy okazała się walka o utrzymanie na powierzchni drednota Kazimierz II Sprawiedliwy, na którym wciąż zwiększała się ilość wody w kadłubie, powodując dalszy spadek prędkości i duże przegłębienie na dziób. Wlokący się z prędkością 12 w.  pancernik został jeszcze  zaatakowany przez wrogiego u-boota, na szczęście bezskutecznie. Ostatecznie ciężko uszkodzony okręt udało się z dużym trudem doprowadzić do bazy w Lipawie, gdzie osiadł na dnie wewnątrz portu wojennego.

89 komentarzy:

  1. Dobry scenariusz. Na ucieczkę z pułapki pozwoliła przewaga prędkości i warunki atmosferyczne jak przypuszczam. Sytuacja floty zaczyna przypominać sytuację rosyjskiej I eskadry w Port Artur. Co zresztą było do przewidzenia.

    Piotr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak źle jak w Port Arturze to nie jest:) Na szczęście mamy jeszcze dwie bazy (Lipawa i Windawa) w których stacjonuje flota, a z Połągi - w przypływie być może nadmiernej zapobiegliwości - okręty zostały uprzednio ewakuowane. Nie wykluczone, że gdy sytuacja na lądzie się poprawi, czyli odepchniemy wroga od twierdzy, flota tu powróci;)

      Usuń
  2. Bardzo starałeś się zachować równowagę między dawkowaniem sukcesów i niepowodzeń! :) Mimo poważnych uszczerbków, poniesionych przez naszą flotę, bitwę należy uznać za jej sukces. Przede wszystkim z dwóch powodów: 1) udaremnienia niemieckiego desantu, który mógł przesądzić upadek twierdzy i 2) pomyślnego oderwania się od przeważających sił nieprzyjaciela. Moje zastrzeżenia budzi nie najlepsza praca naszego wywiadu i brak włączenia do akcji polskich okrętów podwodnych. Nowoczesna i rozbudowana z dużym rozmachem flota podwodna jest wyraźnie "nieruchawa". Chyba warto pomyśleć o wymianie dowodzącego, tym segmentem naszej floty, oficera. Mam wrażenie, że aktualnie jest to osoba z epoki admirała Makarowa, nie do końca rozumiejąca specyfikę i możliwości tych okrętów. Potrzeba tu młodego, energicznego komandora, urodzonego na przełomie lat 70-tych i 80-tych XIX wieku. I jeszcze jedna uwaga: nadchodzi wiosna, a więc można pomyśleć o odciążającym obleganą twierdzę rajdzie kawalerii na głębokie zaplecze nieprzyjaciela (Prusy Wschodnie). Armia rosyjska prezentuje jeszcze przyzwoity poziom, warto więc zapewnić sobie wsparcie jednostek kozaków dońskich. Ci ostatni gwarantują, że działania będą prowadzone na tyle brutalnie, że wpłyną negatywnie na morale niemieckiego społeczeństwa. :)
    ŁK

    PS. Cieszę się z pełnej reaktywacji. To pierwszy (od dłuższego już czasu) post kontynuujący rozpoczętą, z takim rozmachem, narrację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, starałem się to zbalansować jak najlepiej umiem, chyba się udało, choć oznacza to niestety bolesne straty dla naszej floty :( Ale niestety, tak być musi, jeśli ma być zachowane choć minimum realizmu..
      Co do floty podwodnej - istotnie, nie grzeszy jak na razie aktywnością, trzeba będzie pomyśleć, jak temu zaradzić. Ruchy kadrowe są w tej sytuacji niewykluczne ;)
      Natomiast w kwestii samego posta - bitwa była w zasadzie była obmyślona i mniej więcej do połowy opisana jeszcze przed przerwą. Teraz ją tylko dokończyłem i nieco wygładziłem. Na przyszłość myślę, że opisy większych starć będą w takiej formie, natomiast reszta będzie wspominana raczej dość syntetycznie. Mam nawet pewien pomysł na schemat prezentacji wydarzeń - w rozbiciu na działania sił głównych, lekkich, podwodnych, oraz króciutki opis sytuacji na lądzie (być może w formie mapki ze schematycznym przebiegiem linii frontu).

      Usuń
    2. Jeśli nie nastręczałoby to większych problemów, to również bitwy morskie mogłyby być opatrzone (stosowanymi dość powszechnie w literaturze marynistycznej) szkicowymi mapkami, ilustrującymi sekwencje manewrów flot w czasie bitwy.
      ŁK

      Usuń
    3. Niestety, brak mi umiejętności w tym zakresie. Kiedyś próbowałem się za to zabrać, ale efekty były dalekie od zadowalających:(

      Usuń
    4. Zatem wystarczy nam beletrystyka i ... wyobraźnia! :)
      ŁK

      Usuń
    5. Bardzo mnie ucieszył powrót kolegi. Zawsze czytałem Twoje posty dotyczące Wielkiej Wojny z ogromnym zainteresowanie i długo nie mogłem się doczekać na nowy. Gratuluję i czekam na ciąg dalszy. Myślę też, że to dobry pomysł z tym rozgraniczeniem na główne starcia i pozostałe potyczki.
      Pozdrawiam
      Darek

      Usuń
  3. O, mapka była by super :) Też się cieszę, że wróciłeś do opisów wojennych

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo! Wspaniały powrót z zaświatów. Jestem wielkim zwolennikiem broni podwodnej więc brak jej w starciu mnie zasmuca. Proponuję wciągnąć Szwabów w pułapkę. Pancerniki byłyby przynętą na którą musieliby odpowiedzieć.
    Ps. Czy sterowce mogą kierować ogniem naszej artylerii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za pozytywne opinie:)
      Co do sterowców - o kierowaniu ogniem okrętów przez nie nie myślałem, raczej widzę dla nich funkcję rozpoznawczą. prawdę mówiąc nie bardzo potrafię sobie wyobrazić jakby kierowanie ogniem mogło wyglądać. W praktyce chyba tego nie stosowano?

      Usuń
    2. Nie wiem jaki był pułap operacyjny ówczesnych sterowców, ale były one bardzo dużymi i dość powolnymi obiektami latającymi. Jeśli znajdzie się taki zbyt blisko pola walki (co jest chyba konieczne dla skutecznego korygowania ognia własnych okrętów), to dobrze wymierzona seria z karabinu maszynowego (amunicją zapalającą) zakończy błyskawicznie jego żywot.
      ŁK

      Usuń
    3. Używano już w tej roli samolotów.

      Usuń
    4. Ale pytanie dotyczyło sterowców. O ile mogę od biedy wyobrazić sobie korygowanie przez nie ostrzału celów na brzegu, o tyle jakoś nie bardzo widzę te rolę w przypadku walki z wrogim okrętem, gdzie sytuacja z natury jest bardzo dynamiczna a środki łączności zawodne.

      Usuń
  5. Cierpliwość popłaca!
    Niniejszym ogłaszam Bitwę Morską o Lipawę z PRAWDZIWY Chrzest Okrętów Liniowych PMW!
    Dowódce Polski spełnił swoją rolę bardzo dobrze! Powstrzymał Misterny Plan niemiecki że tak powiem:
    https://www.youtube.com/watch?v=fMt6RPvD4Ms

    Co do dowództwa Floty podwodnej polecam "zatrudnić" Najstarszego stażem dowódcę/oficera Okrętu Podwodnego, warto wręcz nieoficjalnie wypytać oficerów, podoficerów i marynarzy z okrętów podwodnych kto by się nadał na następcę "szefa", a następnie dokonać stosownego wyboru. Na pewno będzie to stosunkowo młody oficer (być może najmłodszy na takim stanowisku), poza tym musi swoimi działaniami budzić zaufanie podwładnych oraz umiejętnie ich zachęcić!
    Skłonny jestem wręcz nagradzać za różnego rodzaju sukcesy podwodniaków (niekonieczne pieniężnie, beczka piwa potrafi zachęcić, dłuższy czy po prostu wypoczynek w luksusowym hotelu, etc.)!

    PS. Tego człowieka bym oskarżył o niekompetencję!

    Kpt.G

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe, komentarz jak najbardziej adekwatny :)

      Usuń
  6. Czy przewidujesz, w bliższej perspektywie czasowej, nowe posty okrętowe, czy też skupisz się na opisach beletrystycznych? Myślę, ze fajnie byłoby wprowadzić do służby "coś" nowego. Nie będą to zapewne cięższe okręty, ale może jakieś pełnomorskie trałowce mające możliwość pełnienia również funkcji dozorowców. Myślę, że winny mieć wyporność tak około 350 tn i prędkość 12,5 w. (na prostej tłokowej maszynie parowej). Mogłyby to być np. przejęte (w trakcie budowy) i ukończone, stosownie do potrzeb marynarki wojennej, trawlery rybackie! :)
    ŁK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rożnego rozgrzebanego i niedokończonego materiału mam multum. Są tam zarówno nowe okręty bojowe (w tym praktycznie gotowy pancernik), jak i różnego rodzaju pomocnicza drobnica. Ogólnie plan jest taki, żeby posty okrętowe szły w miarę równolegle z opisującymi przebieg działań (przy czym "belstrystyczny" to chyba jednak za duże słowo - takie opisy, jak wspominałem, przewiduję tylko dla dużych starć, a reszta będzie prezentowana w formie mocno syntetycznej).
      Natomiast nie mogę niestety niczego obiecać w kwestii częstotliwości ukazywania się postów. Wszystko zależy od czasu, weny twórczej, a nawet... pogody (jak jest ładnie to rower zdecydowanie wygrywa z blogiem - w czerwcu zrobiłem 1300 km :))

      Usuń
    2. ps. do tego jeszcze planuję posty "lotnicze", bowiem ten temat mnie ostatnio zainteresował, nie tylko w odniesieniu do lotnictwa morskiego, ale także lądowego.

      Usuń
    3. Bardzo się cieszę, że posty okrętowe i lotnicze znajdują się w Twoim grafiku. Nikt nie oczekuje deklaracji co do częstotliwości ukazywania się nowych odsłon bloga! Fajnie, że odnalazłeś jednak entuzjazm do jego dalszego prowadzenia. A aktywny wypoczynek rowerowy jest, ze wszech miar, godny pochwały i naśladowania! :)
      ŁK

      Usuń
    4. Dokładnie tak, osobiście doradzam każdemu tą formę aktywności fizycznej :)

      Usuń
  7. Mam pytanie.
    1. Czy Brytyjczycy wysyłają swoje OP na Bałtyk tak jak było w realu?
    2. Jak silna jest flota podwodna Rosji?

    Wniosek nasuwa się sam. Może zmontować wspólną akcję przeciwko Karlishe Marine. Przycisnąć ich. Taka ilość okrętów na stosunkowo niedużym akwenie i można trzepać Prusaków że tylko wióry będą leciały

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przewiduję, by Brytyjczycy wysyłali swoje OP na Bałtyk, w sytuacji gdy jest tu już nasza dość silna flota podwodna, a oprócz tego rosyjska w rozmiarach z grubsza takich jak w realu. Nasze OP może nie odnoszą na razie sukcesów na miarę niemieckich u-bootów, ale parę jednostek jednak potopiły - że przypomnę najcenniejszy skalp czyli zatopiony w 1914 r. pancernik Sedan (10950 ton, 6x280). A myślę, że możemy się spodziewać, że także w 1915 r. nie zakończy się bez sukcesów :)

      Usuń
  8. Ps. A dotychczasowego dowódcę okrętów podwodnych to bym wywiózł na taczce... pełnej śledzi.
    No może troszkę przesadziłem wsadzić razem z resztą jego sztabu
    na kuter rybacki uzbrojony w 37 i niech nie wraca z pustymi rękami.

    OdpowiedzUsuń
  9. A wracając do sterowcòw i możliwości korygowania przez nich ognia. Ja to widzę tak w czasie wojny okopowej używano balonòw obserwacyjnych wyposażonych w telefon do korygowania właśnie ognia artylerii. Więc może nad morzem użyć sterowcòw wyposażonych w radiostacje. To stabilna platforma obserwacyjna nie trzęsie jak w areoplanie. Można zamontować lunety obserwacyjne. Unosząc się na wysokości 500 metrów nad naszym zespołem okrętów można dostrzec obiekty odległe o 80 km! A to dopiero początek. Widać wyraźnie czy pociski przenoszą czy może za krótkie. No i wreszcie bardzo trudno załatwić sterowce amunicją zapalającą (wodór musi się najpierw wymieszać z powietrzem najlepiej z tlenem). Brytyjczycy mieli olbrzymie problem z zestrzelaniem sterowcòw. Samoloty wracały wystrzelane do zera a sterowiec podziurawiony leciał dalej. Najskuteczniejsze były działa plot. a z taktyki walki powietrznej.... bombardowanie sterowca. Takie były fakty. Dlatego uważam że sterowce nad Bałtykiem są podobnie jak OP niedoceniane.
    Ps. Czy można zrzucać miny z niewielkiej wysokości i na jaką minimalną wysokość może opuścić się sterowiec nad (spokojnym) morzem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sterowce są wrażliwe na ostrzał. Nawet jeśli nie dojdzie do pożaru wodoru (który łatwiej spowodować, niż sądzisz), sterowiec spada z powodu jego utraty.

      Usuń
    2. Nie uważam się za znawcę zagadnień związanych z tymi "latającymi cygarami", ale możliwe wydają się jedynie następujące opcje użycia militarnego:
      1) bombowiec lub transportowiec "strategiczny" (specjalność niemiecka),
      2) patrolowiec dalekiego zasięgu z

      Usuń
    3. PS. "Coś" zeżarło mi część odpowiedzi i podpis! Kończę więc pkt. 2: opcją zwalczania okrętów podwodnych (praktykowane przez państwa Ententy).
      ŁK

      Usuń
    4. Właśnie z opisanych powodów widzę dużą przydatność sterowców do rozpoznania, a znikomą do kierowania ogniem dział okrętowych. Okręt otwiera ogień, kiedy i tak jest w stanie w przybliżeniu ocenić odległość do celu. Zazwyczaj strzela się salwami tak by obramować cel, jeśli cała salwa jest za długa bądź za krótka z okrętu i tak to widać i sterowiec wiele nowych danych tu nie wniesie. Nie wydaje mi się, by precyzja obserwacji z pułapu paru km była wysoka. Poza tym okręty są w ciągłym ruchu i ewentualne informacje z pokładu sterowca i tak by się błyskawicznie dezaktualizowały - wystarczy do tego mała korekta kursu ostrzeliwanego okrętu, co przecież w czasie bitwy dzieje się często.

      Usuń
    5. Co do wysokości minimalnej lotu - nie mam w tym momencie twardych danych pod ręką, ale jeśli morze jest spokojne, to nie widzę powody, by miało być to znacząco więcej niż paręnaście metrów. Myślę, że można próbować stawiać miny z takiej wysokości, przy czym muszę niestety powiedzieć, że na wiele w tym zakresie na razie przynajmniej nie ma co liczyć. Nasz największy sterowiec (Wivern z 1914 r.) ma bowiem udźwig 1200 kg. Niby sporo, ale to jest ekwiwalent wagi co najwyżej 2 min morskich. Wcześniejsze konstrukcje mają z kolei udźwig jedynie 400 kg.

      Usuń
    6. Dwie miny hmmm... Powinno wystarczyć. Proponuję ucharakteryzować nasz Wivern na LZ i ciemną nocą zrzucić dwie niespodzianki w kanale kilońskim na środku toru wodnego ( w możliwie najwęższym miejscu ). Gdyby Brytyjczycy jeszcze wcześniej (na naszą prośbę) zamarkowali jakoś większą akcję morską i wywabili gros szwabskich sił pancerniczych na morze północne to było by ciekawie...

      Usuń
    7. Zablokowanie kanału było by wymiernym sukcesem zauważonym na całym świecie a ile jeszcze min się zaoszczędzi;-)

      Usuń
    8. To nie takie proste te strzelanie. Szacujemy prędkość, odległość i kurs celu i wyliczamy nastawy tak by pociski spadły częśc przed, a częśc za celem np. w odległości 500m od siebie. Strzelamy półsalwą , jeśli wytryski mieszcza sie w sylwetce, "złapalismy" predkość, jeśli jeszcze częśc za a część przed celem, to mamy "obramowanie". Wtedy zmniejszamy rozstaw upadków do powiedzmy 250m i następna półsalwa. I tak korygowanie aż do trafienia. A z powietrza widac ile za lub przed celem spadaja pociski i następna salwa powinna dać "nakrycie". Do tego widać wcześniej niż z okretu wszelkie zmiany kursu. Ale w tym czasie to możliwe przy sprzyjajacej pogodzie.

      Usuń
    9. Co do sterowców, to jednocześnie są to niesamowicie wrażliwe jednostki. Mocno uzależnione od warunków atmosferycznych, a w obleganej twierdzy na ostrzał artyleryjski (zwłaszcza ich instalacje naziemne. Warunki pogodowe na Bałtyku mocno ograniczają ich użycie - Bałtykiem często (jeśli nie ciągle) "trzepie" - a sterowce tego nie lubią. Na lądzie wojska niemieckie na pewno zainstalują baterie 420 mm. Niemal żadna twierdza im się nie oparła. "Grube Berty" zaczną systematycznie niszczyć umocnienia i infrastrukturę w swoim zasięgu. Krok po kroku dojdą do portu... Co do manewrów floty, na pewno na wielką skalę trwa wojna minowa. Niemcy na pewno stawiają ofensywne pola minowe - w celu zablokowania polskiej floty. Wcale nie zależy im na starciu bezpośrednim, ale na ograniczeniu manewru i szybkości działania naszej floty. Stopniowo, krok po kroku będą zaciskać pętlę, podobnie jak Japończycy w Port Artur. Na to wskazuje prosta i chłodna kalkulacja, Bardziej "floty w istnieniu" potrzebują na Morzu Północnym. Więc z ich strony należało by się spodziewać raczej co najwyżej kilku ostrożnych wypadów w osłonie sił stawiających pola minowe. Taki stan rzeczy eliminuje główny atut polskiej floty - szybkość i manewr - i o to by im za pewnie chodziło. Po co się nadwyrężać, jak i tak wojska lądowe dojdą niedługo do celu? Baza powoli staje się grobowcem floty. Pora z góry przewidzieć plan ewakuacji i trafić z momentem przed niemieckimi kalkulacjami. Bo w odpowiednim momencie przerzucą 2 eskadry drendnotów, które dopełnią dzieła. Marsz przez słabo rozpoznane (a to niemal pewne - bo zmiany w układzie pól minowych będą dosłownie z tygodnia na tydzień) zmusi naszą flotę do zachowania wielkiej ostrożności - a co za tym idzie do ograniczenia prędkości. Wysłanie przodem mniej wartościowych jednostek też nie da zbyt wiele - one są z reguły bardzo wolne... straty będą nieuniknione i tak.

      Piotr

      Usuń
    10. W teorii tak, ale w praktyce - chyba nikt nie zastosował sterowców w ten sposób. Chyba, że o czymś nie wiem;) Ogólnie mam sporą dozę sceptycyzmu co do możliwości obserwacji zespołów floty z powietrza. Z czasów nieco późniejszych znane są przypadki gdzie piloci błędnie identyfikowali liczebność zespołów, klasy okrętów, a nawet ich przynależność do którejść z walczących stron. A tu mówimy o ocenianiu o ile metrów (!) salwa przeniosła bądź nie doniosła. Być może się mylę, ale moim zdaniem, w realiach PWS, korygowanie ognia z powietrza wiele nie wniesie do jego celności.

      Usuń
    11. ps. flota z Połagi została już ewakuowana do Lipawy, był o tym post z 2 marca. W tym momencie okręty stacjonują w Lipawie i Windawie, które na razie bezpośrednio nie są zagrożone.

      Usuń
    12. Przeoczyłem :)
      To dobrze. Tematem jakości rozpoznania bym się nie przejmował - i w DWS zdarzały się "kwieciste" pomyłki. Zawsze jednak lepiej próbować niż nie. Samoloty jeszcze w 1914 i 1915 mało groźne, a przyrządy optyczne można używać całkiem niezłe. Korygowanie ognia za to raczej nie wyjdzie ze względu na jakość łączności. Za wolny i mało skuteczny przepływ informacji, połączenie kablowe nie wchodzi w grę (o rany, ale byłby cyrk na uwięzi :) - zresztą użycie balonów jakoś nie weszło w modę, a było by tańsze), a sygnał radiostacji łatwo zagłuszyć silniejszą iskrą z okrętowych agregatów.

      Piotr

      Usuń
    13. Kolego Piotrze, ciężkiej artylerii oblężniczej to nie ma w nadmiarze, zwłaszcza ze to dopiero 1915 rok, o czym pisałem kilka postów wstecz. Bardziej potrzebna jest na Zachodnim Froncie.

      Usuń
    14. Niezupełnie :)
      Na zachodnim froncie walka pozycyjna dopiero się zaczyna. Ciężkie moździerze GAMMA są już gotowe do użycia od 1,5 roku, i nie widzę przeszkód, by ich nie wykorzystali by chociażby je wypróbować. Tym bardziej, że jest to zbieżne z celami strategicznymi Niemiec. Szybka eliminacja zagrożenia na wschodzie była priorytetem, a Połąga jest jednym z "kluczy do tego zamka", nie ma wręcz właściwszego celu dla 420 mm.
      Zresztą zakładając "rosyjską jakość" artylerii w KP, a inna być nie mogła, to wcale aż tak wielkich dział nie potrzebują.

      Piotr

      Usuń
    15. Te superciężkie moździerze pozycyjne mają jednak pewne wady. Są nimi nikczemnie mała donośność (praktycznie 12,5 km dla wersji półmobilnej) i kiepska szybkostrzelność (1 strz./8min). Są więc, z natury rzeczy, wrażliwe na ogień kontrbateryjny i nasza ciężka artyleria forteczna może okazać się dla nich bardzo groźna. Tu nie potrzeba tak wiele: zasięg ognia 6" fortecznych odmian Canetów L/45 to 18,5 km. Uwzględnijmy dodatkowo optymalnie dobrane, stałe stanowiska ogniowe i rozbudowany system punktów obserwacyjnych. Uprzedzając ewentualny zarzut - informuję, że zdaję sobie sprawę z obiektywnych trudności prowadzenia skutecznego ognia kontrbateryjnego! :)
      ŁK

      Usuń
    16. Faktem jest jednak ich niezła skuteczność w praktyce. Jednak ustawienie na pozycji trwa 3 tygodnie minimum. W sumie Niemcom się zawsze opłacało...

      Piotr

      Usuń
    17. Dodajmy do tego iż wcześniej te okolice były naszym podwórkiem co za przeszkoda by (zanim podwórko zaroiło się od Prusaków) się wstrzelać (i sporządzić stosowną tabelkę i siatkę) jak i spróbować przewidzieć gdzie przeciwnik mógłby rozłożyć się z artylerią najcięższą w promieniu powiedzmy do 20km od umocnień...
      Wiem że niektóre to wróżenie z fusów.. ale zawsze.. :)
      Kpt.G

      Usuń
    18. Sukces w użyciu moździerzy oblężniczych ma miejsce wtedy, gdy oblegani nie posiadają dalekonośnej artylerii, lub została ona wcześniej unieszkodliwiona. Tylko nie jest to takie proste. Działa forteczne strzelają dobrze dobranych, często z zakrytych, stanowisk i nie są łatwe do wykrycia. W tej epoce do ich zniszczenia nie możemy jeszcze wykorzystać lotnictwa bombowego/szturmowego, bo to jeszcze nie ten etap jego rozwoju. Tu wchodzi w grę praktycznie tylko niemiecka artyleria okrętowa, ale stwarza to niebezpieczeństwo ostrzału okrętów ze strony polskich baterii nadbrzeżnych lub/i wejścia na polskie pola minowe.
      ŁK

      Usuń
    19. Na poczatku wojny mieli 5 42cm Gamma-morser(w czasie wojny jeszcze 5) i tylko 2 42cm M-Gerat (zbudowano jeszcze 10) plus 9 30,5cm Beta-Gerat i 2 30,5cm Beta-Gerat 09 i wszystko było zaangazowane na zachodzie. Ciężkie armaty dużego zasiegu kalibru 105-210mm to najwczesniej 1916-1917 rok a i te w niezbyt oszałamiajacych ilościach. Jedyne liczniej wystepujace cięższe działo to 15 cm sFH 13.

      Usuń
    20. Aha, i mamy dość skuteczne dźwiękowe namierzanie artylerii pomysłu lejtnanta A. Benua.

      Usuń
    21. 15 cm sFH 13 to haubica o donośności niecałych 8,7 km. Nie jest to sprzęt, który może być przydatny do zwalczania ciężkiej artylerii fortecznej.
      ŁK

      Usuń
    22. Długie ustawianie takiego moździerza na pozycji stwarza okazję do dokładnego określenia jego pozycji, a przez to do jego zaatakowania. Nie zdradzam na razie jak, ale mam pewien pomysł;)

      Usuń
    23. Fajnym pomysłem wydaje się również próba ostrzału polskiej artylerii fortecznej przez ciężkie okręty niemieckie. Może dojść wtedy do pojedynku z bateriami nadbrzeżnymi. I jest to wprost idealna sytuacja dla okrętu podwodnego, aby zaatakować intruzów. A w drodze powrotnej można jeszcze wleźć na polskie pole minowe... :) I jeszcze uwaga ogólniejszej natury: nie możemy zapominać, że Niemcy prowadzą wojnę na dwa fronty. Tu, na wschodzie, idzie im trudniej niż w realu i muszą angażować większe siły. Nie pozostaje to bez wpływu na zachodni odcinek frontu, gdzie muszą ograniczyć własne działania ofensywne i oddać strategiczną inicjatywę wojskom alianckim. A jeszcze dochodzi do tego konieczność wspierania sojuszników na kierunku południowo-wschodnim (Austro-Węgry i Turcja). Powtórzę to jak mantrę: samo istnienie Polski powoduje, że potencjał Niemiec jest (nieco) mniejszy niż w realu (zwłaszcza na lądzie, gdyż poczynili większe inwestycje w marynarce!), zaś aliancki (nieco) większy. Oszacowanie tego "nieco" to kluczowy problem, jednak dla mnie jest pewne, że ogólna sytuacja Państw Centralnych musi być trudniejsza od realnej. Upadek Rosji w 1917 r. wydaje się przesądzony, ale dla Niemiec może to być typowe pyrrusowe zwycięstwo.
      ŁK

      Usuń
    24. Taki moździerz diablo kosztowny- milion marek a jeden wystrzał 1500 kosztował.
      Kolego ŁK, dlaczego upadek Rosji ma być przesadzony? Historia nie może być dokładnie powtórzona. Może być gorzej (ale nie może bo istnieje KP), albo może być lepiej (i tak być musi skoro nie może być gorzej). Co jeśli w wyniku "wydarzeń lipcowych" "bolszewicka hydra" straciła nie tylko zęby ale i "wszystkie głowy"?

      Usuń
    25. Założyłem upadek Rosji jako pewnik, gdyż dV (generalnie) stara się, aby "jego" wersja historii (powszechnej, lecz nie polskiej!) nie odbiegała radykalnie od realnej. Mój osobisty pogląd w tej sprawie jest dość radykalnie różny. Gdybym to ja był autorem tego bloga (:)), to w Rosji nie byłoby rewolucji bolszewickiej, a klęska Państw Centralnych nastąpiłaby wczesną wiosną 1918 r. Byłoby to wynikiem wcześniejszego (i w pełnowymiarowej skali) zaangażowania się w konflikt Stanów Zjednoczonych i właśnie wpływu czynnika polskiego na froncie wschodnim. Rosja wyszłaby z wojny bardzo osłabiona i doszłoby w niej do obalenia, już po wojnie, ustroju monarchicznego. Jednak próba rewolucji bolszewickiej zostałaby zduszona w zarodku ("bolszewicka hydra" straciła nie tylko zęby ale i "wszystkie głowy" - bardzo mi się to podoba!). Rosja, na długie lata, pogrążyłaby się w kryzysie gospodarczym i przypominałaby "wielką smutę" rządów B. Jelcyna! :)
      ŁK

      Usuń
  10. Pozdrowienia i ukłony. I oczywiście Hurra z okazji powrotu do pisania, dla naszego gospodarza.
    Pare uwag hurtem, również w sprawie lotnictwa z poprzedniego postu.
    1/ Licencyjne FBA (rozwinięcie Donnet-Leveque)produkowane są w zakładach Lebiediewa, można ich sporo kupić. Model B testowano z 300kg bomb (zapewne 6 x 50kg).Dalszy rozwój to powiększenie i przejscie na silniki rzędowe jak typ H ( Issota, Hispano, Lorriane) i bedzie można montowac cięższe uzbrojenie i niezły ładunek bomb. Do dalekiego rozpoznania można zakupić Curtissy (ich niski pułap operacyjny nie przeszkadza, to zapewne wina silnika).
    2/Co do Berdana- jesli chcemy wkm na samolocie na taki nabój, w dodatku przerobiony na proch bezdymny, to trzeba projektować broń na nowo ( Vickers 11mm to dopiero w 1918 roku) prosciej kupic w UK stare Maximy na nabój 577/450 M-H (11,43x60R), przerobić pociski na wybuchowe i zapalające ( pociski Pomeroya i Brocka).
    3/Przedwojenne sterowce Parsival, Schutte-Lanz, Zeppelin osiagały pułap 1000-2000-2500m i prędkości 50-100km/h. Zeppeliny wojenne, typu P, pułap 3500m i do 90km/h ( dostepne od maja 1915) tak ze nasze samoloty moga je zwalczać, nawet łodzie latające nowszych typów i mocniej uzbrojone.
    4/ Kierowanie ogniem ze sterowca- do czasu zainstalowania na okretach artylerii plot. sterowiec bedzie bezpieczny na pułapie 1000-1500m i w odległości 2000-3000 metrów, poza zasięgiem km. Może sygnalizować za pomoca radiostacji lub lamp sygnałowych zmiany kursu przeciwnika i upadki pocisków. Nie musi latać nad okretami przeciwnika, 5-6 km wystarczy, byle nie wchodził w droge lecącym pociskom własnym i przeciwnika :-).
    5/ Połąga. Czy forty Kretyngi zostały zdobyte? Jak głęboko na wschód od Połagi przeciwnik odepchnął nasze wojska w kierunku północnym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy Rosja nie używała początkowo karabinów maszynowych na amunicję czarnoprochową Berdana? Sądziłem, że wprowadzenie tej broni na uzbrojenie armii carskiej nastąpiło jeszcze przed przyjęciem karabinu Mosina. Przyznam się, że szczegóły tego zagadnienia nie są mi znane. Pomysł z zakupem demobilowych "Maximów" brytyjskich, kalibru 0,45" jest ciekawy, ale oznaczałby wprowadzenie na stan nowego, nietypowego kalibru amunicji strzeleckiej. Chyba, że po zakupie zredukujemy kaliber lufy (i wymienimy, co tam jeszcze potrzeba) na 0,42" ("berdanowski").
      ŁK

      Usuń
    2. Jak na razie forty wokół Połągi nie zostały zdobyte. jakby do tego doszło, w zasadzie było by już po twierdzy. Od strony wschodniej twierdzy, wojska niemieckie doszły do wysokości miejscowości Butynga, znajdując się w linii prostej ok. 15 km od brzegu morza.

      Usuń
    3. Jak dojdą na 10 km zrobi się nieciekawie...

      Piotr

      Usuń
    4. Kolego ŁK. Karabin Berdana to chyba 1870r. Mosin to 1891, a Maximy na nabój do Mosina zakupiono w 1897r.
      A ile nam potrzeba broni przeciwsterowcowej, 100-200 maximów i milion szt amunicji powinno wystarczyć? Możemy próbowac skonstruować coś jak Becker M2, lub SAMC Puteaux. Albo do Hotchkissa Mle 1885 (33kg)dodać zespół oporopowrotnika (30kg?)i montować na łodziach latajacych.

      Usuń
    5. Sądziłem jednak, że karabiny maszynowe Rosja wprowadziła wcześniej do uzbrojenia. Dziękuję zatem za wyjaśnienie! Myślę, że w zakresie broni przeciwsterowcowej wystarczyłoby 200 takich quasi-nkm-ów. Tylko stosowanie w nich amunicji czarnoprochowej budzi mój opór. Gdyby jednak wymienić w nich lufy na "berdanowskie" (0,42") i elaborować amunicję prochem bezdymnym? Lufy karabinów "Berdana" były ponoć bardzo solidne i miały długość aż 830 mm. A co do walk z armią niemiecką, na przedpolach Połągi, to myślę, że odczuła ona boleśnie obecność polskiej artylerii fortecznej oraz trudy kampanii zimowej prowadzonej w warunkach działań pozycyjnych.
      ŁK

      Usuń
    6. Połąga. Hmm... powiedzmy ze Niemcy atakowali z Płungiany i w trzydniowych ciężkich walkach osiągnęli włamanie w rejonie Telsze- Kalwaria Żmudzka- Salanty- Korciany(nasze, siedzimy tam). Mamy mocne pozycje w lasach między Korcianami, Żalgrią, Butyngą i Połagą. Stąd pomysł desantu w rejonie Nidy i Butyngi.

      Usuń
  11. Racja, jak dojdą na 10 km to będzie juz katastrofa. Już teraz gdy mamy korytarz szerokości 15 km nie wygląda to za wesoło, bo praktycznie w całości jest on w zasięgu wrogiej artylerii. Dlatego za wszelką cenę należy dbać, by Niemcy nie poczynili jakichkolwiek postępów od tej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepszą obroną jest atak! Proszę rozważyć proponowaną przeze mnie dywersyjną ofensywę kawalerii polskiej wspartej kozakami dońskimi. Możemy tu powtórzyć, oczywiście w skromniejszym wymiarze, manewr zastosowany w czasie szwedzkiego "potopu", gdy niszczycielski rajd kawalerii polskiej (wspartej przez dzicz tatarską) na Prusy Książęce skutecznie nakłonił Wielkiego Elektora do porzucenia sojuszu ze Szwecją. Ten teren zawsze stanowił "miękkie podbrzusze" Niemiec, na które atak wymuszał podjęcie radykalnego przeciwdziałania.
      ŁK

      Usuń
    2. Z rajdem kawalerii jest tak, że pierw trzeba przebić linię frontu – a to było kardynalnym i nierozwiązanym problemem podczas PWS. Ponadto doświadczenia wojny 1920 wskazują, że kawaleria jest skuteczna wobec bardzo rozproszonego przeciwnika. Jeśli tylko wróg może stworzyć, choćby cienką, ale ciągłą linię obrony (jak Polacy podczas pierwszej próby ataku Budionnego na Ukrainie) to kawaleria jest bezradna. A Niemcy w 1915 roku są w stanie utworzyć z rezerw dodatkową linię zatrzymania jazdy.
      I na koniec argument empiryczny – wydaje mi się, że podczas PWS rosyjska kawaleria absolutnie nic nie zdołała dokonać.
      H_Babbock

      Usuń
    3. ŁK, rozważę, ale z jej opisem może być różnie;) działania na lądzie to zdecydowanie nie moja "bajka", więc za pewne będzie tylko komunikat, że akcja była i skończyła się tak czy inaczej ;)

      Usuń
    4. Niemcy nie maja czym przestrzeliwać korytarza z lądu, nasza artyleria ma wiekszy zasieg, wszystkie kalibry modeli 1877 wyposażono w oporopowrotniki wiec mamy sporą liczbę dział, prawie równorzędnych z nowymi modelami.
      Po drugie: nasz korytarz nie moze być tak wąski, front biegłby zaraz na wschód od drogi Kretynga-Dorbiany. Niemcy na tym 15 km froncie uderzyliby choćby i 10 dywizjami ogołociwszy sasiednie odcinki z całej artylerii by wesprzeć szturm i ściągnęli wszystkie dostępne okrety. Sterowce dzień i noc wisiały by nad nami rzucając bomby albo meldując nasze pozycje i skutki ostrzału. Front musi być dalej na wschód przy drodze Korciany-Masiady.
      I mam jeszcze taki pomysł, ze kupiliśmy jesienią licencje na wynalazki pana Aasena- moździerz, granat i minę przeciwpiechotną.

      Usuń
    5. Działania Armii Konnej Budionnego, w 1920 r. nie są miarodajnym wyznacznikiem możliwości prowadzenia rajdów kawalerii (lub ich braku!) w tym okresie. Ten doński kozak nie był żadnym wybitnym dowódcą jazdy! W normalnej armii jego kariera zakończyłaby się na szczeblu wachmistrza (вахмистр), a co najwyżej młodszego oficera "czasu wojny" (хорунжий). Skoncentrowanie większych sił kawalerii i zdecydowane uderzenie "punktowe" powinno przynieść znaczący sukces, w postaci niespodziewanego przerwania linii frontu. A potem zostanie Niemcom już tylko uganianie się siejącym pożogę i przemieszczającym się błyskawicznie przeciwnikiem. zamknięcie takiego zgrupowania w kotle nie będzie sprawą prostą, a w ostateczności można podzielić siły na kilka mniejszych grup, które podejmą samodzielny trud przebicia się. Prusy Wschodnie z dużymi kompleksami leśnymi i siecią jezior stwarzają dogodne warunki dla przeprowadzenia takiego rajdu. Nawet, jeśli straty poniesione przez stronę polsko-rosyjską będą bardzo dotkliwe, to jednak warte korzyści w postaci odciążenia strategicznego odcinka obrony. A o bezspornym efekcie propagandowym takiej operacji - nie trzeba dyskutować. I jeszcze jedno: to, że takich działań nie próbowano przeprowadzić w realu - nie dowodzi, w żadnym względzie, ich niemożliwości. Użyję tu kolokwializmu: aby się na to poważyć, trzeba mieć "j..a", a tego brakowało, generalnie, Rosjanom w czasie tamtej wojny.
      ŁK

      Usuń
    6. I słówko do Kol. O'Cooley'a: gorąco popieram zainteresowanie się wynalazkami Nilsa Aasena! :)
      ŁK

      Usuń
    7. Nie zapominajmy iż nasze wojsko ma (w niespecjalnie ogromnych ale jednak!)pewną ilość pm'ów(w rodzaju/podobnych do Mausera M712 i pełnowymiarowych pmów prototypy), półautomatów (partie próbne) i karabinów automatycznych (partie próbne. przed seryjne?). W związku z wybuchem wojny prace, dotychczas prowadzone dość wolno, teraz przyspieszyły znacząco. J.M. Browning dzięki tajnej umowie posyła przez Amerykę Południową (potem morzem daleko na północ i potem przez Rasyję do Królestwa) min. swoje strzelby śrutowe tzw. Trench Guny i inne użyteczne kulo-mioty. MacLean mając ciepłą posadkę w PzInż w wydziale artylerii lekkiej, dopracowuje swoje działko, zaś w zakładach Towarzystwa Udziałowego Specyalnej Fabryki Armatur i Motorów jest opracowywany prototyp lekkiego opancerzonego pojazdu zdolnego unieść skróconą odmianę działka MacLean'a lub podwójny Karabin maszynowy!
      W tych samych zakładach gdzie pan MacLean ślęczy nocami nad swym działkiem, w sąsiednich pomieszczeniach trwają prace nad planami pana Aasena oraz nad możliwością ich dalszego ulepszania!
      A Król Polski grosza nie żałuje, tak samo Naród Polski wzorem Króla regularnie dostarcza "zrzutki z kapeluszy" na broń i amunicję tak dla żołnierzy na froncie jak i dla ochotników!(pospolite ruszenie na wszelki) Królowa pod zastaw złotą i srebrną zastawę oraz swą biżuterię dała uzyskane pieniądze powierza "niejakiej" Marii S Skłodowskiej-Curie która przygotowuje specjalne samochody z aparaturą rentgenowską oraz organizuje stosowną służbę medyczną wspierającą lekarzy frontowych.
      Kpt.G

      Usuń
    8. Jeśli takie dziwactwo, jak włoski Pistole Mitragliatrice Vilar Perosa M15 uznaje się za pierwszy pistolet maszynowy, to może i wojsko polskie używać (w 1915 roku) czegoś w tym rodzaju. Ale jeśli tak, to apeluję, aby była to jednak broń jednolufowa i wyposażona w tradycyjną kolbę! :)
      ŁK

      Usuń
    9. Ja tam nie widzę problemu w opracowaniu swojego własnego PMa, np w oparciu o Pistolet C/96 lub podobnej konstrukcji.. (pod jednym z postów gdzie wywiązała się dyskusja min. nt. armii lądowej jak mogła wyglądać i w co jest wyposażona; post ten jest też wyjątkowy bo liczy niemal 200 komentarzy!)
      Kpt.G

      Usuń
    10. Kapitanie G., otóż nasz wywiad wykradl w 1913 roku opis i rysunki MotorGeschtuz Guntera Burstyna. Zrobimy sobie takie. Moze nie dokładnie takie same ale zrobimy. Jedne z działkami 37mm, inne z armatami
      63mm Baranowskiego.

      Usuń
    11. Cóż nie sprecyzowałem czy to miał być pojazd gąsienicowy czy kołowy... ale może być.. :)
      Z drugiej strony opracowywanie planów Pana Gunthera nie przeszkadza drugiemu, oba pojazdy mogą sie przecież uzupełniać.. lub (później) przyczynić się do powstania jednego lepszego/skuteczniejszego wozu.. z uzbrojeniem zaś pojazdu (przynajmniej na razie) zastosowałbym lekkie działko, a od 1916-17 myślał nad czymś cięższym..
      Kpt.G

      Usuń
    12. Zamiast w pełni automatycznej wersji pistoletu C/96 (efektowna, ale skomplikowana i kosztowna "zabaweczka") wolę jednolufową (i z klasycznym łożem) wariację modelu włoskiego, czyli - realnie - coś, do czego sami Włosi doszli w roku 1918. Chwała polskiemu wywiadowi za dotarcie do planów inż. Burstyna, ale dopracowanie się własnej koncepcji proto-czołgu jest też możliwe w oparciu o dostępne (jeszcze przed PWS!) na rynku cywilnym amerykańskie ciągniki rolnicze "Holt Manufacturing Company". Zastąpienie ciężkiej maszyny parowej niskoprężnym silnikiem spalinowym nie powinno nastręczyć większych problemów! :)
      ŁK

      Usuń
    13. Jako standardowy pm piechoty faktycznie będzie lepsze coś tańszego, ale takiego automatycznego C/96 bym tak od razu nie kasował. Może się sprawdzić jako uzbrojenie załóg pojazdów pancernych, lotników i grup abordażowych. W sytuacjach, gdzie duża siła ognia się przydaje, a nie ma specjalnie miejsca na pełnowymiarowy rozpylacz.
      FWK

      Usuń
    14. Każdy mechanizm można uprościć, chociaż wydaje mi się że Mauser C/96 był uproszczonym Borchardtem C/93 (bardzo długi na 35cm!), z drugiej strony c/96 był pierwszym udanym (chociaż dość sporym) pistoletem (pół)automatycznym. Jeden z kolegów postulował wykorzystanie pistoletu Bergmana który (tak jak C/96) miał magazynek przed spustem, pozostaje jeszcze bardziej "klasyczny (z naszej perspektywy)" Pistolet Steyer-Hahn wz1912/P16 również strzelający seriami który możemy zdobyć na wrogu kilka egzemplarzy.. :)
      Nie zapominajmy że możemy też opracować niesamowicie prosty pm na wzór Stena, czyli coś co można zmontować z kilku rur gazowych. ;)
      Kpt.G

      Usuń
    15. Przepraszam popełniłem gafę..
      Borchardt z Mauserem ma podobne jedynie amunicję (jedna wywodzi się od drugiej), zaś lepszym i "ulepszonym" Borchardtem (mechanizm kolankowy) jest właściwie Luger zwany czasem "Parabelką".
      Kpt.G

      Usuń
    16. Te wczesne pistolety maszynowe to konstrukcje wykonane bardzo starannie. Obróbka elementów metalowych wyłącznie poprzez toczenie i frezowanie (żadnego tłoczenia!). Na taki "syf", jak "Sten", przyjdzie pora w dobie DWS! :)
      ŁK

      Usuń
    17. Wynalazków było mnóstwo, np. Dreadnougt Wheel sprzed Wojny Krymskiej (ciągnik Bottrill z 1915r o udźwigu 80 ton) Holt już przed wojną miał silniki benzynowe (1908-1910). Holt gąsienicę opatentował w 1894 (ale później kupił patent Hornsby'ego) ale taki Blinow w 1879 a w ciagu 10 lat opracował i przetestował parowy ciągnik "wagon na gąsienicach" wystawiony i nagrodzony na wystawie rolniczej w '96, był jeszcze projekt Levavasseur'a. Wynalazek, potrzeba i możliwości musza zejść sie w czasie. Pierwsze karabiny odtylcowe to 1770 (Crespi, potem Fergusson i Hill) ale dopiero norweski Kammerlader z 1840 był tym gdzie potrzeba i pomysł spotkały się z mozliwością. A wojsko musi jasno określic czego potrzebuje, czyli co czołg musi móc :-)

      Usuń
    18. Do Kolegi ŁK z 4 lipca 9:06.
      Całkowita zgoda, że Budionny to był prosty rębajło. Ale 1 Armia Konna, jako jednostka wojskowa była (niestety) dość skuteczna, a żołnierze pod względem umiejętności i „bitności” też byli nieźli.
      Nie zgadzam się jednak z hipotezą, że „Skoncentrowanie większych sił kawalerii i zdecydowane uderzenie "punktowe" powinno przynieść znaczący sukces, w postaci niespodziewanego przerwania linii frontu.” W zasadzie cała wojna światowa (po powstaniu ciągłych frontów), to próby obu stron mniej lub bardziej punktowych uderzeń (przy wielokrotnej przewadze atakującego). Poza wielkimi pojedynczymi ofensywami (Gorlice, Brusiłow przeciw Austriakom, ofensywa Ludendorffa) nie udawało się posunąć więcej niż 2-3km, a o przerwaniu frontu nie było nawet mowy.
      H_Babbock

      Usuń
    19. Wojna na froncie wschodnim miała i tak bardziej manewrowy charakter, niźli na zachodnim. Zakładając, że liczebność niemieckich sił na Zachodzie jest taka, jak była realnie (a mniejsza raczej być nie może!), to na Wschodzie ich przewaga musi być mniejsza od tej, która w rzeczywistości miała miejsce, gdyż potencjał demograficzny Polski i Rosji jest większy niż był realnie. Natomiast historia Niemiec pobiegła tak, jak w realu, zatem alternatywny potencjał demograficzny Cesarstwa nie istnieje - jest on równy temu, który był. Podtrzymuję zatem tezę, że można było osiągnąć takie punktowe przerwanie frontu, pod warunkiem dobrze przygotowanego i energicznie przeprowadzonego uderzenia. Popuśćmy nieco wodze fantazji: operacją ze strony polskiej będzie dowodził młodziutki, świeżo upieczony generał - Stanisław Bułak-Bałachowicz. I jak szaleć, to na całego - po stronie rosyjskiej damy mu, jako współdowódcę, równie wielkiego oryginała - Romana von Ungern-Sternberga! :)
      ŁK

      Usuń
    20. Do Kol. O'Cooley z godz. 05:28 (czasu blogowego!:)): jestem pod wrażeniem tak rzeczowego i ciekawego wywodu!
      ŁK

      Usuń
    21. Kpt.G wspomniał o dyskusji o broni, jest w poście z 20 sierpnia 2015. I co do czołgów, w styczniu 1915 testowano prototyp Wiezdiehoda ( Александр Пороховщиков)

      Usuń
    22. ŁK, chcesz, żeby się pozabijali? W jednej operacji nie ma miejsca na dwóch genialnych, ale porywczych i niezdyscyplinowanych oryginałów.

      Usuń
    23. Bedą jak Jeźdźcy Apokalipsy - zabijać i siać pożogę, niczym dawne zagony tatarskie. Starczy okazji dla obydwu do wykazania iście "kawalerskiej" fantazji! :)
      ŁK

      PS. Po prostu lepszych "filutów" trudni było mi znaleźć. Ewentualnie myślałem o wysłaniu Bułak-Bałachowicza do Afryki, gdzie mógłby się "popróbować" z von Lettow-Vorbeckiem.

      Usuń
  12. Wielkie podziękowania dla Autora, za powrót do historii Królestwa!
    Bardzo ciekawy opis bitwy i wielkie gratulacje za niezwykle rzadką umiejętność przyjęcie wyważonego opisu, bez przegięcia w stronę, że „naszym zawsze się uda”.

    Samo dowodzenie stron w bitwie. Oczywiście bitwa, jako całość jest zwycięstwem Polski. Dodatkowo są straty (jak sądzę nie małe) wśród przewożonych niemieckich żołnierzy, co spowoduje na przyszłość duży brak zaufania i chęci współpracy wojsk lądowych z flotą.
    Dowodzenie niemieckiego admirał było złe. Niewybaczalne jest (szczególnie przy takiej przewadze!) pozostawienie transportowców bez bezpośredniej skutecznej eskorty. Ponadto uważam, że w działaniach morskich dzielenie sił jest błędem. Tutaj Niemcy mieli ogromne szczęście, że mimo złych warunkach pogodowych, dwie eskadry nie miały problemów rozpoznania „swój obcy”, oraz przypadkiem wyszła im idealna koordynacja działań dwóch zespołów.
    Zwycięzców się nie ocenia, ale po polskiej stronie też są wątpliwości. Po pierwsze byliśmy o włos od straty 1 drednota - a wtedy byłaby to klęska.
    Wyprawienie się w 4 pancerniki relatywnie daleko od własnych baz, a pod nosem wroga, było na granicy awanturnictwa. Szczególnie, że rozpoznanie zadziałało źle. Słabo wyszło, że nie zdołaliśmy namówić Rosjan na wspólna akcję. W samej bitwie można się zastanawiać czy w ostatniej fazie, po oderwaniu się już od sił głównych wroga pozostawienie na pastwę losu „Kazimierza” było słuszne. Mając już do czynienia tylko z dwoma niemieckimi krążownikami liniowymi 3 polskie drednoty mogły się pokusić o krótki zwrot przeciw Niemcom – w celu umożliwienia ucieczki „Kazimierzowi” (taki zwrot przypominałby bardzo kontrę Niemców pod Skaggerakiem, w której zniszczyli Invincible).
    Działania zespołu polskich krążowników to wielki sukces. Jedynie zastanawia, dlaczego krążowniki (5 sztuk?) wpadłszy pomiędzy konwój zatopiły tylko 2 statki. Tak na oko pojedynczy krążownik w ciągu 1-2 minut może zmasakrować statek.

    Jeśli chodzi o działania lądowe to wydaje się, że sytuacja Niemców też nie jest komfortowa. Zrozumiałem, że wyłom w kierunku Połagi jest wąski. Wiec szczególnie prawe skrzydło (obchodzące Polagę) samo jest w półokrążeniu. Także wszelkie dostawy pod Połagę muszą Niemcy organizować w wąskim pasku wyłomu nadbrzeżnego – pod ryzykiem Polskiego ostrzału z zachodu (z morza) i od wschodu. Tak więc widzę duże szanse powodzenia polskiego kontrnatarcia w prawe skrzydło Niemców.
    H_Babbock

    OdpowiedzUsuń
  13. Oczywiście, liczba utraconych przez Niemców żołnierzy musi być znaczna. Skoro na 10 jednostkach było ich 8000, a zatopiono 2 a 3 dalsze uszkodzono, to straty oceniam na ok. 2000 żołnierzy.
    W tym jak wyglądał szyk niemiecki wzorowałem się na realnej operacji desantowej w zatoce taga, gdzie w osobnych zespołach szły okręty ciężkie a osobno transportowce z wosjkiem, bezpośrednio osłaniane tylko przez lekkie krążowniki i niszczyciele. A tu mamy jednak operację na mniejszą skalę, transportowców jest mniej więc i ich bezpośrednia osłona jest mniej liczna.
    Rosjanie nie uczestniczyli w akcji, bo w zasadzie jedyne co by mogli wystawić do niej to Ganguty, ale te są świeżo wprowadzone do służby i pewnie jeszcze nie do końca gotowe do akcji. Znając z rzeczywistej historii bojaźliwość z jaką rosyjskie dowództwo ich używało, nie można się dziwić, że nie poszły tym razem do bitwy. Ale kto wie, może w przyszłości dadzą się namówić;)
    Co do końcowej fazy bitwy - to wyobrażam sobie to tak, że zawrócenie w stronę wrogich KL niechybnie wystawiło by nasze okręty z powrotem na ogień pancerników niemieckich, z fatalnym zapewne dla nas skutkiem. Musieliśmy uchodzić, nawet jeśli jedne drednot zaczął zostawać w tyle - trochę jak Hipper pod Dogger Bank, gdzie Bluchera też trzeba było zostawić.
    Co do działań krążowników - transportowce od razu poszły w rozsypkę, każdy w swoim kierunku, i trudno było ścigać każdy z osobna, zwłaszcza mając między sobą a własnymi bazami całą wrogą flotę liniową, a do tego w pobliżu niemieckie lekkie krążowniki z 7 grupy rozpoznawczej. uznałem, że w takiej sytaucji można sobie co najwyżej postrzelać przez chwilę, na tyle tylko by rozproszyć konwój i zatopić co się da, ale szybko jednak szukać wyjścia z trudnej sytuacji, nawet kosztem pozostawienia nietkniętej części transportowców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sytuacja Niemców będzie tym gorsza, im bliżej podejdą do brzegu. To nasz dom, znamy każdy kamień, nasze okręty mogą wręcz przytulić się do brzegu, w odległości 15 km, Niemcy są już w zasięgu. Peleus im życie uprzykrzy.

      Usuń
    2. Szyk niemieckiej eskadry. Myślę, że realistyczne jest przyjęcie, że Niemcy czuli się bezpiecznie i uważali, że płynące przed konwojem ciężkie eskadry zapewniają eskortę. Co nie zmienia faktu, że taka pewność siebie to był gruby błąd.
      Współdziałanie Rosjan. Nie miałem na myśli Gangutów (i tak zbyt wolnych do współpracy z Polską flotą). Myślałem o zgraniu działań z dość częstymi wypadami Rosyjskich krążowników na środkowy Bałtyk. Mając wiedzę o działaniach naszej eskadry Rosjanie mogli się pokusić o jeszcze głębszy rajd dywersyjny na zachodni Bałtyk.
      Pozostawienie „Kazimierza”. Próbowałem odtworzyć czasowo zdarzenia.
      1. Nasza eskadra, w tym „Kazimierz” są już poza zasięgiem ognia niemieckich pancerników, bój toczą tylko krążowniki liniowe.
      2. Von der Tann zostaje uszkodzony i Niemcy zawracają.
      3. Niemieckie krążowniki liniowe ostrzeliwują pozostawionego z tyłu „Kazimierza”. Pancerniki Niemieckie wciąż są za daleko do włączenia się do walki i następuje koniec bitwy.
      Ja sugerowałem, że 3 polskie pancerniki mogły zawrócić (po uszkodzeniu VdT), ścigać Niemców aż do dotarcia do „Kazimierza” a potem ponownie zawrócić w kierunku baz – bez starcia z pancernikami wroga.
      Oczywiście łatwo jest być mądrym po bitwie. Rozumiem, że wtedy przeważyła obawa o bliskość Niemców – ze smutnym skutkiem przyjęcia kilku dodatkowych ciosów przez „Kazimierza”.

      PS Ciekawe czy Rosjanie zamówili w Niemczech przed wojną krążowniki typu Muravyov. Logiczniej i bezpieczniej było by zamówić je w Polskich stoczniach – a jeśli tak to może właśnie czekają na wykończenie?

      H_Babbock

      Usuń
    3. Myślę, że Kolega przecenia "moce przerobowe" polskich stoczni. O ile pamięć mnie nie myli, to i tak kilka cennych okrętów, pochodzących z rekwizycji, zasiliło już flotę polską.
      ŁK

      Usuń
    4. Zgadza się, nasze stocznie są dość obłożone zamówieniami na eksport, część z tych okrętów już zasiliło naszą flotę, kilka jeszcze będzie. Stąd jest wysoce prawdopodobne, że wspomniane krążowniki Rosjanie zamówili jednak w Niemczech, tak jak w rzeczywistości.
      Co do współdziałania z Rosjanami - wezmę tę kwestię pod uwagę i pewnie jakaś wspólna akcja dojdzie do skutku.

      Usuń
  14. Z wagi że raczej nieopłacalny jest remont okrętu K.II.S., A ponieważ kaliber 320 mm też jest nieperspektywiczny/chyba że przezbrojenie zdobycznych okrętów np. Hindneburg/ ,/Anglicy mają już 381mm /, proponuje przyjąć z duchem czasu Europy plany na okręt uzbrojony w 9x381 , to jest taki szybszy RODNEY z częścią art,gł. na rufie

    OdpowiedzUsuń
  15. Przepraszam,zapomniałem się podpisać.IDSM.

    OdpowiedzUsuń